Kierowcy w Polsce coraz częściej znajdują za wycieraczką lub w skrzynce zaskakujące pisma z żądaniem zapłaty. W dokumentach pojawiają się kwoty sięgające nawet 600 zł, czasem powiększone o odsetki, co potrafi wywołać panikę, Santeos.pl podaje, powołując się na dziennik.pl.
Sprawa dotyczy głównie parkingów przy popularnych sklepach, takich jak Lidl czy Biedronka, ale podobne sytuacje zdarzają się też na osiedlach i przy restauracjach. Wiele osób jest przekonanych, że skoro postój jest darmowy, nie muszą wykonywać żadnych dodatkowych czynności. Tymczasem w regulaminach często widnieje warunek pobrania biletu z parkometru i pozostawienia go za szybą.
Przykład z parkingu pod Lidlem: 95 zł po kilku minutach
Jedną z takich historii opisał pan Paweł, który zrobił szybkie zakupy w Lidlu i wrócił do auta po około pięciu minutach. W pośpiechu nie pobrał jednak biletu parkingowego z automatu, mimo że parking przewidywał bezpłatny postój. Po powrocie zobaczył „prezent” za wycieraczką, czyli wezwanie do wniesienia opłaty dodatkowej w wysokości 95 zł. Na druku widniała informacja, że termin płatności wynosi 60 dni od daty wystawienia. W treści pojawiło się też ostrzeżenie, że nieopłacone należności mogą być dochodzone windykacyjnie na podstawie danych właściciela pojazdu pozyskanych z CEPiK, a do tego wykonano „dowody zdjęciowe”.

Na wielu parkingach przy sklepach darmowy postój obowiązuje przez pierwsze 60 albo 90 minut, ale tylko po spełnieniu warunków regulaminu. Jeśli w danym miejscu stoi parkometr, po zaparkowaniu należy pobrać bezpłatny bilet i zostawić go na desce rozdzielczej, tak aby był widoczny za przednią szybą. Brak biletu albo schowanie go do kieszeni może skończyć się wystawieniem opłaty dodatkowej. Kierowcy często tłumaczą, że byli w sklepie dosłownie chwilę, jednak kontrola bywa szybka i bezlitosna. Szczególnie przed świętami, gdy ludzie się spieszą, takie błędy zdarzają się częściej.
„Tajniacy” przy parkometrach i błyskawiczne wystawianie opłat
Wiele emocji budzi opis praktyki, w której pracownicy firm zarządzających parkingami obserwują zachowanie kierowców. Zdarza się, że taki kontroler siedzi w samochodzie i czeka, aż ktoś ominie automat lub nie zadba o bilet. Gdy tylko zauważy, że kierowca wchodzi do sklepu bez pobrania wydruku, natychmiast podchodzi do auta i wystawia wezwanie do zapłaty. W przypadku pana Pawła wyglądało to właśnie w ten sposób: szybki zakup, krótka nieobecność i już po powrocie kartka za wycieraczką. Taka metoda sprawia, że kierowcy czują się złapani w pułapkę, bo realnie nie mieli poczucia, że naruszyli jakiekolwiek zasady. Problem polega na tym, że regulamin bywa mało czytelny, a automaty stoją w miejscach, które łatwo przeoczyć.
Radca prawny Karol Hojda z Wrocławia zwraca uwagę, że wezwanie znalezione za wycieraczką nie jest mandatem. Nie pochodzi ono od policji ani innego uprawnionego organu, a często nie ma też nic wspólnego z miejską strefą płatnego parkowania. Prawnik podkreśla, że najlepiej na taki „świstek” po prostu nie reagować i nie podejmować korespondencji z firmą. Jego zdaniem kierowca nie ma pewności, czy wezwanie wystawił podmiot rzeczywiście uprawniony do pobierania jakichkolwiek opłat. Najbezpieczniejszą drogą jest czekanie na ewentualny pozew, bo część firm na tym poprzestaje, a nie wszystkie decydują się iść do sądu. W praktyce samo straszenie windykacją ma często skłonić kierowcę do szybkiej wpłaty.
Dlaczego pozew bywa trudny dla firmy parkingowej
Prawnik wskazuje, że pozwy w tego typu sprawach kieruje się zwykle przeciwko właścicielom pojazdów, korzystając z danych z CEPiK. Jednocześnie roszczenie powinno dotyczyć osoby, która faktycznie parkowała w danym miejscu i czasie, a to nie zawsze musi być właściciel auta. Po stronie firmy parkingowej jest obowiązek udowodnienia, że konkretna osoba zawarła umowę i naruszyła jej warunki. Zarządca musi też wykazać, że konsument został prawidłowo poinformowany o zasadach, w tym o konieczności pobrania biletu i sposobie oznaczenia postoju. W ocenie prawnika skuteczna linia obrony właściciela pojazdu może być bardzo prosta i zamknąć się w zdaniu: „Ja tam nie parkowałem, nie zawierałem żadnej umowy i nie wiem, o co chodzi”. Takie podejście – jak twierdzi – wielokrotnie sprawdzało się w praktyce.
Kuszącym rozwiązaniem wydaje się reklamacja, zwłaszcza jeśli kierowca ma paragon z zakupów i chce „udowodnić”, że był w sklepie tylko chwilę. Prawnik ostrzega jednak, że to zły kierunek, bo może działać jak samooskarżenie i ułatwiać firmie przygotowanie pozwu. W korespondencji firmy często wymagają podania pełnych danych osobowych, a wiele osób dodatkowo podpisuje się imieniem i nazwiskiem lub używa maila zawierającego dane. Do tego dochodzą informacje z paragonu, na którym mogą znajdować się końcowe cyfry karty płatniczej przy płatności bezgotówkowej. Takie szczegóły mogą później posłużyć do identyfikacji w sporze. Prawnik zwraca też uwagę, że wewnętrzne ustalenia między operatorem parkingu a właścicielem terenu często ograniczają możliwość pozytywnego rozpatrzenia reklamacji.
Skala zjawiska rośnie: wezwania nawet na 600 zł
Według relacji radcy prawnego do kancelarii coraz częściej trafiają sygnały o wezwaniach do zapłaty wysyłanych do właścicieli samochodów. Kwoty, które pojawiają się w pismach, potrafią dochodzić nawet do 600 zł. Do UOKiK zgłaszają się też kierowcy, którzy twierdzą, że opłata została naliczona mimo pobrania biletu uprawniającego do darmowego postoju. Opisywano przypadki, w których wezwanie wystawiono osobie, która dopiero wracała do auta z wydrukiem w ręku. Kontrowersje wywołują również sytuacje, gdy bilet leżał za szybą, ale kontroler uznał, że nie był wystarczająco widoczny.
Kara po kilkudziesięciu sekundach i wątpliwości kierowców
Jedna z historii opisywała przypadek z parkingu przy Biedronce w Krakowie, gdzie klient pobrał bilet o godz. 13:44:14. Po chwili wrócił do samochodu i znalazł wezwanie wystawione o 13:45, co oznaczało zaledwie 46 sekund różnicy. Kierowca argumentował, że to za krótko, by zdążyć przeczytać regulamin i przejść z automatu do auta na drugim końcu parkingu. Takie przykłady pokazują, dlaczego część osób uważa ten system za nastawiony na łapanie pomyłek. Jednocześnie operatorzy parkingów opierają się na zapisach regulaminu, który bywa bezwzględny w kwestii formalności. W efekcie spór często dotyczy nie samego czasu postoju, lecz tego, czy warunki „darmowego” parkowania zostały spełnione.
Uwaga na oszustów i fałszywe „mandaty”
Radca prawny zwraca uwagę na jeszcze jeden problem, o którym kierowcy często nie myślą w pierwszej chwili. Na parkingach zdarzają się próby oszustwa polegające na podrzucaniu fałszywych wezwań do zapłaty przez osoby, które nie są żadnym operatorem. Tacy przestępcy mogą przygotować druki i wpisać własny numer rachunku, licząc na szybki przelew od zestresowanego kierowcy. W podobnych działaniach wykorzystywane bywają także kody QR, które mają kierować na podstawione strony internetowe. To kolejny argument, by nie płacić w ciemno i nie działać pod presją. W razie wątpliwości kluczowe jest sprawdzenie, kto stoi za wezwaniem, zanim ktokolwiek poda swoje dane lub wykona przelew.
W tekście opisano też, że sieć Biedronka testuje we Wrocławiu nowy system monitorowania czasu postoju. Rozwiązanie ma działać bez pobierania biletów, bo kamery automatycznie rozpoznają tablice rejestracyjne i zapisują moment wjazdu oraz wyjazdu. Zmiana ma upraszczać zasady dla klientów, ale jednocześnie przewiduje wysokie opłaty za przekroczenie darmowego czasu. Wskazano, że zewnętrzny operator może naliczyć 150 zł za pierwszą dobę, a za każdą kolejną po 200 zł. Maksymalna kara w takim modelu może dojść nawet do 3500 zł. To pokazuje, że temat opłat parkingowych pod sklepami w Polsce będzie wracał, bo systemy kontroli stają się coraz bardziej restrykcyjn
