W zamieci można zobaczyć więcej! [świadectwo]

Autor: Natalia Kopeć-Panek

Kochani, mam wielką potrzebę podzielić się z Wami historią sprzed chwili, która nie ujrzałaby światła dziennego (no może poza moim mężem, który pewnie musiałby jej wysłuchać), gdyby była tylko moim udziałem. Ale nie była. “Bo ludzi dobrej woli jest więcej…”.

Piątek, godzina 18, korki straszne, niespodziewany powrót zimy w Warszawie, zamieć. Biegnę prawie do domu, myśląc tylko o ciepłych kapciach, herbacie i ostatnich 20 stronach super książki. Z daleka widzę zgarbioną postać. Przez ulicę Iwicką, po pasach (skrzyżowanie z Chełmską) przechodzi starszy Pan, podpierając się laską i dźwigając dosyć ciężką kraciastą torbę przewieszoną przez wolną rękę. “Przechodzi” to niemalże za dużo powiedziane, ledwo posuwa się naprzód. Gdy spotkaliśmy się czołowo na pasach, zapytałam, czy nie potrzebuje pomocy, dokąd idzie i czy nie wziąć mu torby, bo wygląda na ciężką. W odpowiedzi słyszę: “Nie”. Tak mi się przynajmniej zdawało, bo słowo to poszło gdzieś w ziemię (Pan był bardzo zgarbiony, a jego głowa schowana była w czapkę z kaszkietem i kaptur), no i w zamieć. Dla pewności pytam jeszcze raz: “Na pewno nie wziąć Panu torby?”. Odpowiedział: “Mnie”. Tym razem zrozumiałam. 70 m do domu, zawracam. Podałam mu ramię, wzięłam torbę i ruszyliśmy na przystanek autobusowy Zakrzewska. Po drodze Pan tłumaczy się (jakby musiał….), że tyle śniegu, że laska się ślizga i że dlatego iść prawie nie może. Przystanek był dosyć blisko, dla mnie, dla Was. Znacie hasło: “daleko jeszcze?”? Nabrało dla mnie dzisiaj innego znaczenia.

W końcu, zasypani, docieramy na przystanek. Pan usiadł na ławce, ja sprawdzam rozkład. Autobus miał być 2 minuty temu, na pewno nas nie minął. Zapytałam, gdzie chce dojechać i czy sobie dalej poradzi. Odpowiedział, że tylko dwa przystanki i że da radę. A po chwili dodał: “Najgorzej to wsiąść do tego autobusu, bo już kilka razy mi odjechał, zanim do niego doszedłem z ławki”. No to czekamy. Zapytał, czy na pewno się nie spieszę… Zapewniając go, że nie, od czasu do czasu wyglądałam na jezdnię, wypatrując “141”. Gdy kolejny raz podeszłam do krawężnika, usłyszałam z tyłu: “Nie jest Panu zimno w ręce?”. Pan przytaknął. Stojąca na przystanku Pani wręcza Panu rękawiczki. A właściwie – ściąga je z dłoni i daje Panu… I jeszcze tłumaczy, żeby brał śmiało, bo nowe, ledwo co założyła… Zwykłe, czarne, uniwersalne. Z trudem (bo Pan ma złamany palec) założyłyśmy je na jego skostniałe dłonie. Chyba się ucieszył. Nie widziałam nadal jego twarzy, ale podziękował.

Nadjechał autobus (po ok 20 min…), powoli ruszamy do drzwi – na szczęście kierowca czeka, aż wsiądziemy (uwierzcie – chwilę musiał poczekać). Jedziemy, faktycznie tylko dwa przystanki. Po wyjściu z autobusu ruszamy do przejścia dla pieszych. Kilka metrów. Przede mną kałuża, a Pan obchodzi ją kółkiem (robiąc dodatkowe kroki, żebym nie weszła w wodę…). Czerwone, czekamy, dwa kroki od zebry. Po zmianie światła na zielone zbliżamy się do krawędzi jezdni, a przed nią – kałuża na całą szerokość przejścia. Para stojąca obok nas (obcokrajowcy) już prawie przeszła na drugą stronę, a my utknęliśmy, prawie jak nad przepaścią. Krok w przód i w tył. Chłopak (z tej pary) obejrzał się przez ramię i zawrócił do nas. Poproszony o to, by robił to, co ja:) wziął Pana pod drugie ramię. Czerwone. Czekamy gotowi do startu. Zielone – udało się. Podziękowaliśmy kolejnemu pomocnikowi i idziemy dalej. Jeszcze jedne pasy, bardzo “krótkie światła”. Zielone – ruszamy, w połowie pasów – czerwone. Dzisiaj na ulicach było wyjątkowo nerwowo, ale nie tutaj. Przeszliśmy. Po kolejnych kilkunastu metrach weszliśmy w bramę prowadzącą do drzwi wejściowych właściwego bloku. A w bramie dwaj młodzi policjanci. Przez chwilę przyglądali się nam z zaciekawieniem, szybko zaproponowali pomoc. Szczególnie, kiedy podeszliśmy do domofonu i zapytałam, czy Pan da radę wstukać sobie kod (przypominam, miał zmarznięte palce). Stróże prawa od razu zaproponowali, że to oni zaprowadzą Pana do mieszkania (na pierwszym piętrze). Słusznie, nie znali mnie:). Na odchodne wręczyłam policjantowi zawiniątko z pączkami, aby zaniósł na górę i tam przekazał starszemu Panu. Pan serdecznie podziękował. No i poszli.

16 min. – tyle zajął mi powrót do domu, od drzwi do drzwi, pieszo. 1 h 2 min – tyle trwała nasza wspólna podróż… Pan zdecydowanie zasłużył na “najlepsze pączki z Górczewskiej”!

Warto pomagać!

Komentarzy (0)
Dodaj komentarz