Poważnie o samotności słów więcej niż kilka…

Autor: AŻ

Panie, nie mam człowieka, który by mnie zaprowadził do sadzawki – woła do Jezusa zrozpaczony niewidomy przy sadzawce Owczej w Ewangelii św. Jana. Przez trzydzieści osiem lat nie znajduje ani jednego, który poprowadziłby go ku uzdrawiającym wodom. Przytłacza go więc nie tylko choroba fizyczna, ale przede wszystkim opuszczenie. Mówi jednak, że wystarczyłaby jedna pomocna dłoń, by oszczędzić mu niemal czterech dekad cierpienia.

Kiedy rozważamy fragment Pisma Świętego, staje przed naszymi oczami. Bezbronny, błąkający się po zalanych żarem ulicach Jerozolimy. Wciąż pozostający w pobliżu sadzawki, być może w cieniu rosnących w jej pobliżu drzew. Wyczekujący w napięciu poruszenia wód, nasłuchujący ich jak zwierzę rozpoznające wśród tupotu tysiąca stóp kroki swojego pana. Godny współczucia i wszelkiej pomocy, ku jakiej skłania litość dla niewidomego żebraka. Wstrząsa nami obojętność przechodniów, oburza ich nieczułość, gniewa ich ślepota, jeszcze większa niż biednego niewidomego, zdanego na ich łaskę. Gdybyśmy tam byli, nie dopuścilibyśmy, by został zupełnie sam ze swoją bezradnością i nieszczęsną szansą, nigdy niewykorzystaną. Szkoda, że nas tam nie było, ale dobrze, że przyszedł do niego Jezus i go uzdrowił – wzdychamy, zamykamy Pismo Święte i wracamy do naszych obowiązków, naszych spraw, naszych zmagań.

Panie, nie mam człowieka, który by mnie zrozumiał i przyjął takim, jakim jestem – krzyczy opadły z sił nastolatek prześladowany przez rówieśników. Może wygląda inaczej, nie dostosowuje się do dyktatu mody albo wyznaje niepopularne poglądy. W czterech ścianach, za zatrzaśniętymi drzwiami swojego pokoju zaciska pięści, przeklina, próbuje dać upust swojej goryczy. Siada przy komputerze, odpala grę, włącza muzykę. Natrafia na artykuł na portalu informacyjnym; naukowcy odkryli, że samotność szkodzi jak wypalanie paczki papierosów dziennie. Ironia losu, przecież między innymi za to, że odmawia używek, spotyka go ostracyzm. Nie widzimy jednak jego frustracji, patrzymy na niego z oddali w szkole, słuchającego muzyki na uboczu. Szkoda mi go, nie powinien stać sam, przez chwilę marszczymy brwi zafrasowani, by za moment wrócić do beztroskich żartów w gronie własnych znajomych.

Panie, nie mam człowieka, który towarzyszyłby mi w chorobie  – wzdycha ostatkiem sił schorowany staruszek. Sam ociera drążącą ręką pot z pokrytej zmarszczkami twarzy. Wzrok pełen zadumy i nadziei walczącej z rezygnacją spoczywa na drzwiach. Lekarz staje w nich podczas obchodu, przychodzą pielęgniarki, krzątają się salowe. Nie ma jednak nikogo, kogo by naprawdę rozpoznawał, za kim by szczerze tęsknił. Zagajają pacjenci z sąsiednich łóżek; mili, rozmowni, współczujący. Rozmowa toczy się gładko, dopóki tematy krążą wokół obecnych wydarzeń, polityki, może tego, że kiedyś było lepiej… Głos milknie na chwilę, gdy pada pytanie o rodzinę i spojrzenie jeszcze raz omiata framugę drzwi, jak ramy, z których ktoś wykradł bezcenny obraz. Szkoda, że dziadek jest taki chory i w dodatku samotny. Gdybym tylko miał czas go odwiedzić…, pozwalamy myśli zagościć w głowie jedynie przelotnie, by równie szybko dać jej odejść na długi czas.

Panie, nie mam człowieka, który naprawdę zaradziłby mojej samotności. Takiego, przy którym mógłbym być sobą, zbudować trwałą relację. Twarzą w twarz, nie tylko przez Facebook, Snapchat, Whatsup. Panie, wysyłam roześmiane emoji, a tak naprawdę chce mi się płakać. Panie Jezu, zaradź temu i daj mi człowieka – my sami mówimy w myślach, z posępną miną zawieszając palce nad klawiaturą komputera. Może tak już po prostu jest, może tego nie da się zmienić?, pytamy samych siebie, wystukując kolejne niewiele znaczące buźki, przesyłając linki z płytkimi memami i podając dalej filmiki ze śmiesznymi kotami. Wstawiamy posty na Facebooka, zdjęcia na Instagrama, piszemy na Twitterze. Tworzymy fasadę, pielęgnujemy naszą iluzję i w like’ach liczymy osoby, które jej uwierzyły. Nakładamy maskę, zza której wyzierają samotne oczy. Szkoda, że nie mogę pokazać prawdziwej twarzy, utyskujemy, robiąc selfie z bolącymi od uśmiechu policzkami.

Panie, nie mam człowieka, pojawia się, gdy po raz kolejny sięgamy do Pisma Świętego przytłoczeni własnym cierpieniem, może poczuciem winy. Kartkujemy Ewangelię i odnajdujemy obraz Chrystusa przemierzającego Jerozolimę i jej okolice. Czyniącego cuda, przebaczającego i towarzyszącego ludziom; pełniącego wolę Ojca. Wiemy, że dziś to my jesteśmy posłani, by, tak jak On, czynić dobrze tym, którzy są obok nas. Rozumiemy, że nasze siły, determinacja i zapał nie wystarczą, by zaradzić samotności własnej i innych. Nie będą pomocą,  dopóki nie przyjmiemy kojącej obecności Tego, który jest z nami aż do końca świata, zawsze dostępny i gotów, by nas przyjąć. Tylko On potrafi wypełnić naszą pustkę. Dopiero wtedy, gdy, oprócz swojej przyjaźni, zaniesiemy innym Jego Słowo, możemy mieć nadzieję, że samotność zastąpi poczucie bliskości Boga i drugiego człowieka.

 

Komentarzy (0)
Dodaj komentarz