Ten notes wyglądał jak zapis pismem klinowym, chińskim, trudne do odczytania znaki, graficznie ciekawe, notowane w pośpiechu i często na stojąco, gdy się umawiał, ale znane tylko autorowi, wypełniające całe strony kalendarza. Tak jak ciasno było na tych stronach od zapisów, tak szczelnie wypełniony był każdy dzień Księdza Biskupa, odkąd go znałam. A jeszcze przy tym potrafił znaleźć czas na pisanie dziennika. Wielka aktywność i pracowitość, rzetelność i tempo, dyspozycyjność na okoliczności, nastroje, a jednocześnie balans. Modlitwa i skupienie były na liturgii, w pasmach ciszy, które chronił we wszystkich okolicznościach, wypełniał je swoją świadomą obecnością wobec Tego, Którego wchłaniał całym sobą. Była to chyba cisza intensywna, na serio, absorbująca pokój Boży głęboko i prędko – jak było dane i jak wynikało z możliwości czasowych, na które się godził – bo to z nią wychodził ku ludziom, którzy zajmowali większość jego czasu. I dało się to odczuć. Sam był jak przestrzeń, przepastna głębia, w sobie nosił tę monumentalną aurę, która sprawiała, że rozmowa, spotkanie, tematy nabierały solenności, znaczenia, wzniosłości, tchnęły wielkością obecności Boga w każdym calu. Przy nim można było się nauczyć szanować, nie bagatelizować żadnego szczegółu codzienności, można się było nauczyć refleksji i pokory bezpiecznego bycia z Bogiem. Można się było przekonać o własnej godności, jeśli tylko udało się trafić w tę nutę, jaką brzmiało serce tego pasterza i naprawdę zrozumieć, co ma na myśli mówiąc takie czy inne słowa.
Notes, taki zwykły rekwizyt, a jednak doprowadził nas do wzniosłości… Cóż, tak już jest – Ksiądz Biskup własnym przykładem uczył wszystkie rzeczy odkrywać i przeżywać w wielki sposób, bo to Bóg nadaje wielkość, a On jest wszędzie. Jak się go czytało opacznie, to wyglądał na wyniosłego, a naprawdę był pokorny i jednoznaczny, bez pozy i udawania – przejrzysty dla Pana. Ostatnio objawiło się to już bez kontekstu, samo w sobie.